piątek, 17 stycznia 2014

Czyżby powrót filozofii w wielkim stylu?

Ileż już było tych argumentów, jakoby filozofia do niczego się nie przydawała. A tu nagle okazuje się, że filozof Berkeley i wielu innych, jeszcze kilkaset lat temu przewidziało to, co nauka dopiero teraz zaczyna potwierdzać...okazuje się, że nowe teorie z zakresu fizyki nie tylko kierują nas na powrót w stronę filozofii, ale nawet mogą pomóc tej ostatniej odpowiedzieć na największe pytania ludzkości.





Natrafiłem na ciekawy artykuł na temat biocentryzmu i zachęcam do jego przeczytania:


Pojawia się tam interesująca hipoteza (należy jednak na tym etapie mówić o hipotezie), że świadomość, a nie materia, są podstawowym "budulcem" Wszechświata. Świadomość jako taka jest pozaczasowa. Przemijanie więc wynika jedynie z faktu, że póki istnieje nasze ciało - my się z nim identyfikujemy. To ciało podlega czasowi i przestrzeni, a nie świadomość. 
Już wielokrotnie, eksperymentalnie potwierdzono teorię filozoficzną mówiącą, że akt obserwacji wpływa na rzeczywistość. Co to może oznaczać? Berkeley powiedziałby, że "istnieć, to znaczy być postrzeganym". Być może materia "istnieje" o tyle tylko, że jest postrzegana przez świadomość. Jest więc... wytworem samej świadomości. Być może podobnie jak przestrzeń i czas. Już w czasach starożytnych filozof Parmenides wypowiedział na pozór banalną prawdę, że "byt jest, a niebytu nie ma". Nic, co rzeczywiście istnieje nie może przeminąć. Przeminąć mogą jedynie te rzeczy, które są pozorne. W ten sposób można rozwiązać zagadkę czasu (czy czas jest od zawsze?) a także przestrzeni (czy Wszechświat ma koniec? Co jest poza kresem Wszechświata?). Można bowiem przyjąć, że to pozaczasowa i pozaprzestrzenna świadomość są podstawowym budulcem i jedyną prawdziwą rzeczywistością, a czas i przestrzeń to jedynie jej wytwory.

Rozumując jednak w ten sposób trzeba się wystrzegać nadmiernego "mistycyzmu". Nie chodzi tutaj o to, że możemy za pomocą naszej myśli kształtować rzeczywistość. Niestety, osobiście nie wierzę w chwytliwe pseudonaukowe teorie mówiące o sile "pozytywnego myślenia".  Natomiast hipotezę, że nasze istnienie osadzone jest w pozaprzestrzennej i pozaczasowej "warstwie" rzeczywistości - uważam za całkiem sensowną. Chociażby dlatego, że teoria ta w sposób elegancki odpowiada na pytanie: "dlaczego, u licha, w ogóle jestem?". Odpowiada - ponieważ zawsze byłeś. Byt jest, a niebytu nie ma - jak mówił Parmenides.

Być może tej teorii nie należy rozpatrywać na gruncie mistycyzmu, a zwykłej, opisującej rzeczywistość nauki. Może takie są prawa przyrody - że świadomość istnieje wiecznie i manifestuje się na różne sposoby.  Niekoniecznie muszą tym kierować jakieś "tajemnicze siły". Może nawet tak będzie prościej, bo unikniemy kolejnej pułapki pod tytułem - co kieruje z kolei tymi siłami :-)

Wreszcie, teoria ta mogłaby wyjaśniać jeszcze inne zagadki. Czemu właściwie Wszechświat jest poznawalny? Dlaczego język przyrody jest dla nas zrozumiały? Dlaczego, posługując się samym myśleniem jesteśmy w stanie przewidywać np. gdzie upadnie wystrzelony z armaty pocisk? Dlaczego przyroda w pewien sposób "stosuje" się do rozmaitych praw, które my z kolei odkrywamy?


Rodzi to niebywałe konsekwencje. Możemy przypuszczać nie tylko, że w momencie śmierci nasza świadomość odrodzi się w innym miejscu i czasie, ale nawet - że we Wszechświecie istnieje znacznie więcej bytów "świadomych", niż nam się wydaje. Może to mieć też duże konsekwencje dla etyki. Z jednej strony -  jeśli świadomość może się odradzać i "przemieszczać", to powinno się w sposób szczególny szanować życie pod każdą postacią. Z drugiej jednak strony prowadzi to też do dużego optymizmu - jeśli nawet jakiś przejaw świadomości zostanie zniszczony - nie znika na zawsze i może przybrać jeszcze bardziej interesującą i wartościową formę. Zmienia to całkowicie sposób myślenia o życiu i jego celach.

Tak to "głupie" filozoficzne pytania, które zadaje sobie bardzo wielu ludzi:
Kim jestem? Skąd przychodzę? Dlaczego jestem tym, kim jestem? - Doczekały się być może właśnie bardzo ciekawych, czysto naukowych (a może filozoficznych?) odpowiedzi.

8 komentarzy:

  1. "Esse est percipi" jest zasadniczo poprawne, ale z tego, że coś istnieje tylko jako postrzegane, tj z nierozłączności obserwatora i obserwowanego pola, nie należy wyciągać wniosków, że obiekty są tworzone przez obserwatora, a tylko to, że trzymając się ściśle doświadczenia mowa o obiektach bez poznającej ich świadomości jest abstrakcją - uprawnioną w pewnych dziedzinach.

    Ale to działa i w drugą stronę. Świadomość jest zawsze świadomością czegoś, i kto mówi o świadomości samej w sobie, popada w abstrakcję, lub jak wolisz, mistycyzm:)

    Dlaczego nie powiedzieć, że śmierć jako taka jest złudzeniem, a świadomość ani nie umiera ani się nie odradza, po prostu jest obecna przy tych wydażeniach? Co akurat nie jest optymistyczne, gdyż implikuje nieskończony regres i nawet najwięksi entuzjaści istnienia, gdyby tylko pamiętali ostatnie tysiąc swoich śmierci, poczuliby znużenie. Ale nie pamiętają:) ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda, istnienie "świadomości samej w sobie" jest dyskusyjne. Można dowodzić, że czegoś takiego w ogóle nie ma. "Świadomość" jest świadomością czegoś.
      A jednak cały czas fascynuje mnie pytanie, czemu pojawiła się akurat "moja" świadomość. Przecież jest tak wielu ludzi, którzy posiadają świadomość, a nie są mną samym. Mało tego - dlaczego akurat TO ciało posiada tę świadomość, którą uważam za "własną", w tych czasach i miejscu. Czemu ona W OGÓLE się pojawiła? Przecież równie dobrze mogła nigdy nie istnieć.
      Jasne - można mówić, że świadomość jednostkowa, to moje JA, może być jedynie pewnym złudzeniem. Z jakiegoś powodu jednak to złudzenie się pojawiło... być może popełniam jakiś błąd logiczny... ale borykam się z tym już od dawna :)
      Przyjęcie, że świadomość istniała od zawsze przynajmniej uwolniłoby mnie od pytania, jak i dlaczego powstała.
      A jeśli chodzi o regres.... no cóż.... myśl o wiecznym nieistnieniu ma dla mnie w sobie coś przerażającego. Faktycznie - jest w życiu wiele cierpienia, a jednak - jest też wiele rzeczy, które odbieramy jako dobre, radosne... smutno byłoby pojawić się tylko raz i zniknąć na zawsze, by nigdy i niczego już nie doświadczyć, w jakiejkolwiek postaci.

      Usuń
    2. Jeżeli przyjmiemy, że świadomość jest wartością nieskończoną, zwalnia nas to od dywagacji na temat początków, choć oczywiście, nie uwalnia nas to od uczucia niesamowitości:

      A potem myślałem o wieczności i spostrzegłem, co to znaczy przyzwyczajenie. O wiele łatwiej można sobie wyobrazić, że to nie ma końca, bo tak się od dziecka słyszało. Natomiast zupełnie sobie nie można wyobrazić, że wieczność jest także bez początku. Jest to myśl zdolna przewrócić gałki oczne o 180 stopni. Bobkowski, Szkice piórkiem

      Co do złudzenia „ja”, należy sobie uświadomić, że idee subiektywności są związane z poczuciem nieśmiertelności i wieczności – nieświadome, według Freuda, choć uznaje śmiertelność „innych”, absolutnie odmawia rozpoznania własnej śmiertelności. Jeżeli przyjmiemy, że świadomość ani się nie rodzi ani nie umiera, takie poczucie wieczności u każdego z nas, nie powinno dziwić.

      Pytanie, czy możemy przypisać „wielość” świadomości, inaczej niż na podstawie wielości jej organów percepcyjnych (czyli ciał)? Jeżeli nie, to to poczucie bycia kimś odseparowanym, wiązałoby się z błędem identyfikowania się z jakimś poszczególnym organem percepcyjnym i „zawłaszczenia go” - „to moje ja”. Czemu pojawia się ciało? No cóż, skoro zakładamy nieskończoność świadomości, oraz to, że aby świadomość poznawała, konieczna jest nierozłączność świadomość →uczucie →percepcja – istnienie ciała jest koniecznością, inaczej świadomość nie mogłaby poznawać. Natomiast otwartym jest pytanie, czemu akurat takie ciało a nie inne?

      Zgodnie z Buddą, jest to związane z jakością działań, intencji i mentalnych inklinacji; według tej wizji, wszechświat byłby podporządkowany Ładowi Moralnemu i jesteśmy tym czym się stworzymy, o czym wspominał nawet Sartre, choć oczywiście nie w tym sensie:) To jednak wydaje się być poza możliwościami weryfikacji dla większości z nas i raczej musi pozostać kwestią wiary. Pytanie tylko jaka jest alternatywa? Świadomość jako produkt nieożywionej materii? Myślę, że jeżeli nawet przyjąć hipotezę, że za stworzenie odpowiada Bóg, a za stworzenie Boga inny potężniejszy Bóg i tym samym wpaść w nieskończony regres coraz potężniejszych Bogów, to wciąż nie będzie to tak absurdalne jak twierdzenie, że świadome istnienie pochodzi z jakiegoś nieożywionego, bliżej niesprecyzowanego błocka :) Absurd tej idei rozumiał nawet taki ateista jak Lem, tyle że myślenie typu „ciało jest tylko obiektem świadomości, i podchodzenie do świadomości od strony ciała, jest stawianiem powozu przed końmi” było mu raczej obce, więc nie miał alternatywy ...

      Usuń
    3. Bardzo dziękuję za ten cenny komentarz!

      A więc jednak tu i ówdzie znajdujemy wskazówki sugerujące, że świadomość może być czymś wiecznym.
      Sądzę, że przyjęcie, iż "wcielenie" w konkretne ciało zależy od ładu moralnego nie jest wykluczone, aczkolwiek mało prawdopodobne. Jest to zbyt "życzeniowe". Po prostu chcielibyśmy aby tak było... wyjaśnia to wiele spraw, na przykład zagadnienie zła, cierpienia w świecie.
      Osobiście ostrożny jestem w przyjmowaniu odpowiedzi, które pachną takim typowo "ludzkim" rozumowaniem.
      Zagadka może polegać na tym, że nie do końca pojęliśmy naturę Wszechświata. Wiem, że brzmi to bardzo ogólnie... Ale być może nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie czym jest świadomość, bo ciągle posługujemy się właściwym dla naszych czasów zestawem pojęć. Ciągle uważamy właśnie, że coś "doskonalszego" nie mogło powstać z czegoś "mniej doskonałego". Ale właściwie - jak rozumieć "doskonałość"? Czy człowiek rzeczywiście jest np. "doskonalszy", niż kamień? Świadomość mogła powstać na pewnym etapie istnienia Wszechświata, albo może być po prostu wieczna.
      Moim zdaniem, praw rządzących świadomością, czy też "świadomościami" należy szukać w samej przyrodzie. Przecież np. atomami też rządzą pewne reguły. Może to te reguły, prawa przyrody jakich jeszcze nie znamy, rządzą wędrówką świadomości?
      Kłopot w tym, że trudno świadomość "uchwycić", jakoś "oznaczyć", obserwować....Byłoby wspaniale, gdyby kiedyś udało się czegoś takiego dokonać. Teraz nie ma nawet pomysłu, jak można by się do czegoś takiego zabrać. Warto byłoby z dziedziny czysto teoretycznych rozważań, które często prowadzą jednak na manowce, przejść do jakichś empirycznych badań czy chociażby obserwacji....

      Usuń
  2. Możliwości poznania czym jest świadomość, jeżeli w ogóle to jest możliwe, upatrywałbym raczej na drodze introspekcji.

    Ostatecznie, to przecież w bezpośrednim doświadczeniu widzenia, słyszenia, itp., mamy do czynienia ze świadomością, dociekanie jej w oparciu o dane zebrane na drodze zmysłów, podczas gdy same zmysły całkowicie zależą od jej istnienia, wydaje mi się poważnym naruszeniem porządku …

    To jednak implikuje jedną rzecz, o ile mam rację, poznanie czym jest świadomość byłoby rzeczą całkowicie indywidualną i niemożliwą do bezpośrednio zakomunikowania komuś innemu. Co najwyżej można by zakomunikować sposób, czy metodę, by takie poznanie mogło zaistnieć.

    Co do Ładu Moralnego, myślę że dobrze jest przyjąć go jako roboczą hipotezę choćby z ostrożności :) Najwyższe nasze duchowe autorytety jakoś dziwnie są zgodne, że zbierzemy to co posiejemy. Problem zatem w tej sprawie upatrywałbym w uczciwym rozpoznaniu swojej własnej niewiedzy, oraz w wierzeniu w to co korzystne. Coś w rodzaju zakładu Pascala. Obstawianie innych opcji niż Ład Moralny, wydaje się być związane z dużo większym egzystencjalnym ryzykiem. Jeżeli taki Ład nie obowiązuje, jest się na równi z tymi co tak twierdzą. Natomiast jeżeli on obowiązuje, to samo jego negowanie, a nawet sceptycyzm jest błędnym poglądem za który być może w obrębie tego Ładu przypisywane są „punkty ujemne” :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, trudno mi się jakoś odnieść do poznawania świadomości poprzez introspekcję. Gdyby założyć, że celem świadomości jest poznawanie świata, może można by badać ją w kontekście pewnych aktywności, jakie podejmują żywe, świadome istoty. Czyli mechanizmy życia, jako realizujące naturalną dążność świadomości do poznawania, mogłyby dawać nam jakieś wyobrażenie o niej samej.
      Niestety, mam wrażenie, że świat istot żywych ma niewiele wspólnego z Ładem Moralnym :) Rządzą w nim raczej, jak sądzę, dość brutalne mechanizmy ewolucji.
      Wreszcie, jeśliby przyjąć Ład Moralny, to musiałby chyba istnieć jakiś umysł/umysły, które oceniałyby nasze czyny? Ocenianie czynów przy tym nie zawsze jest proste. Musiałaby to być jakaś niezwykle zaawansowana Inteligencja, znająca nasze motywacje, okoliczności danych czynów....
      Poza tym - według jakiego Ładu oceniana jest Oceniająca Istota :-)? Czy jej już nikt nie ocenia? Przecież, jeśli jest świadoma, to też, zgodnie z naszym założeniem powinna być oceniana, a tu mamy znów regres w nieskończoność ;-)
      Można też zadać sobie pytanie (skoro nie boimy się żadnych pytań), czy celem świadomości istotnie jest Dobro w naszym, ludzkim rozumieniu. Może jej celem jest Poznanie? Jeśli tak, to "nagradzani" powinni być ci, którzy "poznają" najlepiej, najskuteczniej. Naukowcy? Filozofowie? Może wcale nie ci dobrzy, ale ci, którzy naszej świadomości dostarczają najwięcej informacji?

      Usuń
    2. To powinno być oczywiste, że celem świadomości jest poznanie. Natomiast to co widzimy, to nieudane rezultaty takiego poznania. Skoro wszystkie zmysły są nakierowane na zewnątrz, słynne „Poznaj samego siebie” - tu czytam to jako: „Poznaj świadomość, która poznaje przez zmysły” - jest faktycznie prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem jakie można sobie wyobrazić w życiu.

      Nie mniej, skoro jednak już sobie je postawimy, to ewidentnie zbieranie informacji o czym Pan wspomniał, nie doprowadzi nas do bezpośredniego poznania świadomości. Przeciwnie, wydaje się, że opróżnianie świadomości z tak zwanej „światowej wiedzy”, może być właściwą taktyką w tym wypadku.

      Przyznam, że jeszcze nie miałem okazji bliżej zapoznać się z dziełem „O oświeconej niewiedzy”, Mikołaja z Kuzy, ale tytuł perfekcyjnie oddaje mą myśl: wiedza o świadomości osiągana poprzez opróżnienie zbioru informacji o obiektach świadomości :)

      Co do Ładu Moralnego, to ja nie jestem tak odważny jak Pan, przeciwnie jestem bardzo bojaźliwy, a obawiam się, między innymi tego, że gdybym zakładał nieobecność takiego Ładu, ktoś słusznie mógłby oskarżyć mnie o moralny nihilizm, gdyż w takim wypadku nie mam najmniejszego znaczenie co się robi w życiu i widzę ten pogląd jako dość destruktywny dla postawy etycznej. To o czym pan wspominał, trudność dojrzenia tegoż Ładu we współczesnym świecie być może wynika po części z tego, że większość ludzi w taki Ład nie wierzy :)

      Ale to nie tylko to. Swego czasu grałem sporo w szachy, co nauczyło mnie, że w grach, w których jesteśmy ignorantami – a taką grą z pewnością jest świadome istnienie – pokładanie zaufania w mistrzów gry i uczenie się od nich, jest słuszną taktyką Dzięki j zaufaniu do moich nauczycieli szachowych,osiągnąłem przeciętny, ale jednak poziom mistrzowski. A jako, że moi nauczyciele duchowi zdecydowanie deklarują, że jest coś takiego jak Ład Moralny, jako gracz, nie widzę sensu kwestionowania moich autorytetów. Zasadniczo nie uważam nawet fanatycznej wiary jako coś złego:) To nie silna wiara jest problemem, jak dla mnie może ona być i fanatyczna, grunt, żeby była dobrze pokładana. A jako, że moja wiara wymusza na mnie nie podkładanie bomb a etyczne życie, to nad czym boleję, ta faktycznie to, że nie jest ona jeszcze dość fanatyczna :)

      Natomiast oczywiści rozumiem kogoś, kto ucząc się gry w szachy, nie dowierza Kasparowowi. Skoro tak, to jest oczywiste, że albo wybierze bycie samoukiem, albo będzie sobie szukał innego arcymistrza, by nauczyć się od niego strategi i taktyki :)

      Usuń
  3. Jeszcze raz bardzo dziękuję za kolejny komentarz. Myślę, że ten post, jak i cały blog wiele zyskał dzięki takiej właśnie wymianie opinii. No i mam przyjemne poczucie, że ktoś jednak czyta, to co piszę :-)

    No cóż, co do Ładu Moralnego - tym bardziej, jako nauczyciel etyki, powinienem nie kwestionować jego istnienia. I zasadniczo tego nie robię. Zastanawiam się jedynie, czy moralne nakazy są czymś "realnie" istniejącym w świecie natury (jak na przykład prawa fizyki), czy może to po prostu my, ludzie, jesteśmy ich twórcami.
    W mojej opinii nie jest rzeczą łatwą porównać życie człowieka do gry w szachy. W szachach wiadomo - taki a taki układ oznacza wygraną. A w życiu? No cóż... czy ci, których uważamy za mistrzów, rzeczywiście wygrali? Jak rozumieć tę "wygraną" i jak ją sprawdzić...
    Moje wahania co do moralności i jej wpływu na "losy" świadomości biorą się z tego, że po prostu chciałbym poznać prawdę, jeśli to w ogóle możliwe. Chciałbym wiedzieć, jak jest "w rzeczywistości" i czasem podążam w tym swoim zastanawianiu się nie do końca "prawowiernymi" ścieżkami ;-)

    OdpowiedzUsuń